wtorek, 15 marca 2016

"Biuro kotów znalezionych" Kinga Izdebska




 Przecudowna książka o miłości do kotów, opisująca realia Polskich fundacji, kotów ulicznych, adopcji i niedoli naszych małych przyjaciół, a temu wszystkiemu winny jest człowiek nieświadomy, który nie kastruje swoich kotów, który wypuszcza je blisko ulic, a koty nie wracają, to wina również ludzi, którzy "lubią mieć małe kotki, bo są słodkie", a nie widzą ile kotów jest w schroniskach, ile z nich czeka na dom. Coś o tym wiem, mieszkam koło schroniska dla zwierząt, a i tam, jak wiadomo, zwierzakom nie jest najlepiej.

 To nie jest ckliwa historia, ja czekałam na coś takiego, co wstrząśnie choć trochę ludźmi, choć widzę, że nie wszyscy zrozumieli przekaz tej książki. Ta historia nie jest zmyślona, nie ma być napisana wybitnym językiem, opowiadać historii szczęśliwych. Ta książka miała być prawdziwa. Czy ktoś wie jak grubą książkę trzeba by było napisać, by nakreślić w niej wszystko w tym temacie? By pokazać czytelnikowi, że trzeba pomagać, że trzeba zauważyć ten problem? Jeśli komuś się nie podoba ilość stron, to mamy internet, zachęcam do czytania na ten temat, do zobaczenia ludzkiego okrucieństwa wobec zwierząt, to się dzieje codziennie. Czuję się jakby ten temat był tabu wśród czytelników, ale też w całej Polsce, bo najlepiej mieć klapki na oczach i nie widzieć, tylko przejść obojętnie.


 Kto tak jak ja działa w fundacjach na rzecz zwierząt, ten o Kindze Izdebskiej słyszał już dawno. Zaangażowana wolontariuszka Koterii, która sama przyjmuje koty na tzw. DT (dom tymczasowy) by kot nie trafił na ulicę i miał szansę na dom, bo jak wiemy - niestety nie da się mieć stu kotów, a przynajmniej stu szczęśliwych kotów. Osiem, czy dziesięć i to przy dobrym zarobku utrzymać ciężko. Dobra karma, weterynarze, kastracje - to wszystko kosztuje, a z samej miłości zwierząt nie utrzymamy. Dlatego też są tacy ludzie jak Pani Kinga, ludzie którzy dają z siebie wszystko by pokazać zwierzętom, że nie każdy człowiek jest zły. Ta kobieta opisuje swoje codzienne sytuacje, swoją, można powiedzieć, rutynę. Mówi o swoich kotach, o początkach, lękach co do tematu DT, opowiada o swoich przeżyciach w Koterii, a i prawdziwą organizację z początku zastępuje zmyśloną nazwą, by czytelnik nie brał tego jako reklamę.

 Książka jest świetna, szczera do bólu, ukazująca rzeczywistość i szczerze ją polecam, by nie tylko "umilić" sobie czas, ale też by więcej się dowiedzieć na temat życia bezdomnych zwierząt w naszym kraju.

1 komentarz:

  1. Widziałam już receenzję tej książki na lubimy czytać i faktycznie niektórzy ludzie podchodzą do tego tak jak do jakiejś zmyślonej historii. Nie można na takich patrzeć, może oceniam srogo, ale prawdziwie.
    Nie przejmuj się, a recenzja super ;)))

    OdpowiedzUsuń